Exlibrisy Andrzeja Kota. Teka, Lublin 2020

Teka 34 ekslibrisów Andrzeja Kota wydana w piątą rocznicę jego śmierci, 17 lutego 2020 roku. Zawiera 33 prace odbite z oryginalnych matryc chemigraficznych w Typografii Jerzego Rudzkiego w Lublinie, antiquo modo, na prasie Albion z pierwszej połowy XIX w. oraz jeden ekslibris (Biblioteki Uniwersyteckiej KUL), który powstał w linorycie, odbity z oryginalnego linorytu. 

Nakład: 100 egzemplarzy.

To się pieści, w czym są treści

Najlepiej czuł się, opowiadając o świecie i ludzieńkach z pozycji Stańczyka. W wielu pracach Andrzeja jako podpis pojawia się kocia głowa, przystrojona w błazeńską czapkę (w niniejszym zestawie ów sposób wypowiedzi reprezentują ekslibrisy Magdaleny Gospodarek czy Mariana Ciszewskiego). Niekiedy wcale podpisem nie jest, a swoistym przymrużeniem oka. Zawsze jednak stanowi pełnoprawny plastycznie element kompozycji.

Był czas, gdy nie czapka Stańczyka wieńczyła wąsaty łebek, a mysz (przypominamy ten Koci autograf w ekslibrisach Ewy Zarzyckiej, Jana Twardowskiego, Ellenai Sarneckiej, Stanisława Łazorka i Borisa Lewych). Nie świadczyło to o umiłowaniu stanów delirycznych, a franciszkańskiej zasadzie współistnienia z „braćmi mniejszymi”, wcielanej przez twórcę w życie wszędzie, gdzie rzucił go los. Los zresztą oszczędzał lubelskiego artystę przynajmniej w tej mierze – nie zmuszał go do wyczerpujących podróży. Grodzisk Mazowiecki, gdzie pod koniec życia spędzał coraz więcej czasu, do zbyt odległych od Koziego Grodu miejsc nie należy.

Ekslibris to rodzaj wypowiedzi artystycznej, której rangę – przy mini-formacie – nadają albo pomysły, albo niezwykle wprawna ręka grafika. W przypadku Andrzeja Kota – jedno i drugie. I tak najistotniejszą kwestią jest oddanie w kilku znakach osobowości „właściciela” ekslibrisu.

Piewca metafizycznej aury, skrywanej przez lubelskie Stare Miasto, opracował – dzięki wnikliwej obserwacji własnej – a obserwatorem ludzi był znakomitym – cały katalog znaków, z których budował potem „wizytówki” osób zazwyczaj dobrze sobie znanych, choć zdarzały się wyjątki od owej reguły.

Elementy ekslibrisów powracają w różnych kombinacjach, zależnie od tego jak Kot postrzegał „portretowanych”. Serca, ryby, wróble i gołębie, grona winorośli i kozły (które można, acz czy trzeba? – kojarzyć z herbem Lublina), diabły i uśmiechnięte szelmowsko księżyce, książki i wszechobecne koty – niekiedy przybierające kpiarską formę lwów (ekslibris Wiesławy i Waldemara Prościńskich) – ten misz masz układa się za każdym razem w całkiem inny obraz, inną charakterystykę postaci. Bywa, iż Andrzej opowiadał graficzną anegdotę, choćby parafrazując Stary Testament (ekslibris Ewy Marszał, gdzie znajdziemy tak nadgryzione jabłko z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego jak węża-kusiciela) lub bawił się skrótami (ekslibris Eryka Lipińskiego, naczelnego legendarnych „Szpilek”, gdzie z ołówka, zwieńczonego błazeńską czapką spogląda wszechwidzące kocie oko lub praca dla Gerlinde Torn, gdzie zakończone stalówką pióro – są jeszcze ludzie, pamiętający takie narzędzie pisarskie – uskrzydlone jest przez dwie rozpostarte dłonie; poety trzeba, by tak oddać profesję literacką).

Nie byłby Kot sobą, gdyby nie wykorzystywał w malutkich formach wyuczonej w Lubelskich Zakładach Graficznych profesji typografa. Ekslibris Jacka Kopacza to „uczłowieczona” litera „J” zaś w pracy dla Adama Maruszaka dwie flasze łączą się szyjkami w literę „M”, nad nią zaś wisi odwrócona litera „A”.

Żartobliwych sentencji, z jakich twórca był znany (np. „To się pieści, co szeleści”), wśród przedstawionych ekslibrisów niemal nie ma. Tylko dziełko dla propagatora Andrzejowego talentu, Jana Młodożeńca proponuje: „Ja z Lublina, ty z Warszawy więc podajmy sobie graby”.

Nikt nie wie, ile właściwie ekslibrisów wyszło spod ręki twórcy ze staromiejskiej ulicy Grodzkiej. Nie da się, niestety, wykluczyć sytuacji, kiedy to pojawią się gdzieś zupełnie nowe prace, tyleż mające z Kotem wspólnego, co produkowane po śmierci mistrza z Krynicy „nikifory”.

Póki żyją przyjaciele grafika, z rozpoznaniem fałszerstwa kłopotów być nie powinno. Ale później? Historycy sztuki miewają wiedzę, to fakt. Gdybyż jeszcze posiedli dusze…

Lech L. Przychodzki

Strona tytułowa Teki.