KAZIMIERZ SZOŁTYSEK

Kazimierz  Szołtysek to jedyny znany malarz, który niemal całą swoją twórczość poświęcił Zabrzu. Jego grafiki, często z pietyzmem odtwarzające detale architektoniczne, z czasem mogą stać się bogatym źródłem informacji, wszak niektórym budowlom, jak choćby wieży ciśnień na terenie Huty Zabrze, grozi zagłada. Z drugiej zaś strony jest on wielkim propagatorem naszego miasta – jego prace można spotkać w różnych częściach świata.  Kazimierz Szołtysek urodził się w 1939 r. w Zabrzu-Kończycach. Z zawodu był spawaczem, potem ukończył studia w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale malarstwa i grafiki w Katowicach. Kiedyś piastował stanowisko miejskiego plastyka. Jego prace powstają w technice mieszanej rzeźbienia (miedzioryt, mezzotinta, suchoryt) w wypolerowanej metalowej płytce metalowym rylcem, dzięki której tworzy się na prasie specyficzne odbitki. Jest laureatem wielu prestiżowych nagród krajowych i zagranicznych, uczestnikiem kilkudziesięciu wielkich wystaw, piewcą tradycji śląskiej, autorem serii grafik Górnoślązacy, w której połączył znane postaci regionu z odpowiadającymi im pejzażami i znakami. Szołtysek został w 1979 roku laureatem ogólnopolskiego konkursu na ekslibris zorganizowanego przez Muzeum im. Przypkowskich w Jędrzejowie. Ekslibrisy Szołtyska nie tylko wiążą się z literaturą, książką i bibliotekami, te najbardziej intymne poświęcone są kobiecie. Widać w nich fascynację ciałem kobiety i wyrażają tradycyjną, urokliwą, czasami urzekającą poezję. Sztuka graficzna, w tym ekslibrisy, wykonana jest klasycznymi technikami metalowymi, często „mieszanymi”. Artystę pociągają też miejskie panoramy i drewniane kościółki, które są i trochę rzeczywiste i magiczne, a przede wszystkim przepełnione nostalgią.

 ◊

Twórczość Kazimierza Szołtyska

Może zmylić liryzm gołębi.

Na wystawie nie ma autoportretu. – Gdybym kiedyś chciał wypowiedzieć coś autoportretem, nie byłoby to żadne malarskie lub graficzne mówienie wprost. W sztuce i w życiu nie ma odpowiedzi. Są tylko pytania. Pewno zobaczyłbym siebie otwartego, a może nawet rozdartego. Przeze mnie przechodziłyby, jeden po drugim, pejzaże – prawdziwe, śląskie. I nie bałbym się pokazać w tle Chrystusa, cierpiącego Chrystusa. Życie jest tajemnicą. Taką samą jak tajemnica wiary. A może to jedna i ta sama tajemnica – mówi Kazimierz Szołtysek.

Prezentuje się artysta wszechstronny, ale najbardziej rozpoznawalny jako grafik i jako mistrz formy kameralnej – ekslibrisu. Pierwszy wykonał w 1971 roku. – Dyrektor Henryk Morcinek zamówił ekslibris dla Miejskiej Biblioteki Publicznej w Zabrzu. Wybrałem miedzioryt. Całą sprawę potraktowałem jako nowe doświadczenie, swoistą próbę. Trudno powiedzieć, aby osiągnięte efekty były doskonałe, ale sama praca była ciekawa – mówi artysta. Wkrótce Szołtysek zaprojektował ekslibris dla Domu Książki w Katowicach. Nadeszły pierwsze zamówienia od kolekcjonerów i zaproszenia na konkursy. W 1979 roku Szołtysek został laureatem ogólnopolskiego, niezwykle prestiżowego konkursu na ekslibris zorganizowanego przez Muzeum im. Przypkowskich w Jędrzejowie. – To był pierwszy ważny sygnał, że warto postawić na ekslibris – przyznaje.

Jako autor cenionych ekslibrisów artysta ma świadomość, że o wszystkim decydują oczekiwania kolekcjonerów lub organizatorów konkursów. Z kolekcjonerami współpracuje się różnie. Jedni akceptują od razu pierwszy szkic, inni długo kapryszą, mnożą najbardziej szczegółowe wskazówki. Hasła konkursów zazwyczaj wiążą się z literaturą, książką lub bibliotekami. Ekslibrisy chyba najbliższe samemu autorowi, najbardziej intymne poświęcone są kobiecie. Ciało kobiety jest formą fascynującą. Ale wszystkie graficzne miniatury Szołtyska pełne są może tradycyjnej, ale na pewno urokliwej, a chwilami wręcz urzekającej poezji.

Zarówno w ekslibrisie, jak i grafice wierny jest klasycznym technikom metalowym (miedzioryt, mezzotinta, suchoryt), często łączonych, „mieszanych”. Druk wklęsły z płyty (zazwyczaj cynkowej) jest techniką wymagającą niezwykłej cierpliwości i skupienia. Tym, co wydaje się pociągać artystę najbardziej, jest jednak gra z fakturą. Płaska powierzchnia wklęsłodruku bywa dopełniona czy raczej kontrapunktowana reliefem. Zazwyczaj wypukłe jest liternictwo, starannie kaligrafowane i o bardzo różnorodnym kroju, czasem podobnie zostaje opracowany motyw czysto dekoracyjny.

Rzeźbienie na powierzchni ekslibrisu ma swoje bardzo konkretne korzenie. – Po liceum plastycznym chciałem studiować rzeźbę. Podobne marzenia miał i spełnił kolega z klasy Gerard Grzywaczyk. Rzeźby można było się jednak uczyć jedynie w Krakowie. Nie mogłem sobie pozwolić na studia poza Śląskiem. Wybrałem wydział grafiki w Katowicach – wspomina. Na egzamin wstępny przedłożył akwarele. – To trudna, kapryśna forma, do której później często wracałem. Ważna jest nie tylko faktura papieru, ale nawet miękkość wody. Nauczyłem się też, że można eksperymentować pędzelkami, że wbrew zakorzenionym zasadom, interesujące efekty można uzyskać płaskim pędzelkiem. Najbardziej frapuje mnie pejzaż – mówi Szołtysek. W grach z pejzażem nie jest ważna wibracja plam, ale raczej wzajemne szukanie się konturów. Drewniane kościółki lub miejskie panoramy są trochę rzeczywiste, trochę magiczne i zawsze poprawione jakąś nostalgią. Nostalgią, która z rozmysłem, solidnie szuka korzeni w detalach, drobinach, sekwencjach dopełnień nagle przyciszonych, urwanych, a jednak czymś osobistym scalonym. Może to nastrój, a może jedynie chwila naszej solidarności nastrojem, któremu nic już nie zagraża – choć tak naprawdę takiego pejzażu, takiego miasta, takiego świata już nie ma.

Szołtysek, nim trafił do liceum plastycznego w Katowicach, zdobywał zgoła nieartystyczne uprawnienia… spawacza. Był to jednak wybór dosyć naturalny, zważywszy sytuację materialną rodziny, w której Kazimierz (urodzony w 1939 roku w Kończycach) był jednym z trzynaściorga rodzeństwa. Ojciec chciał, by syn został tokarzem. Ostatecznie rozpoczął naukę w szkole zawodowej w klasie spawalniczej. – W czasie praktyk zawodowych, w wolnych chwilach rysowałem dla kolegów kredą karykatury i różne scenki. Traf chciał, że zauważył to nasz opiekun, stary fachowiec, zresztą nie Ślązak, a repatriant ze Wschodu. Nie dość, że nie zostałem zrugany, to zostałem przeniesiony do pracowni plastycznej w kopalni Makoszowy. Wykonywałem różne plansze, wycinałem litery, robiłem ilustracje. Zawodówki nie skończyłem, za to zostałem przyjęty do liceum plastycznego – opowiada Szołtysek.

Dyplom przygotował Szołtysek w trzech pracowniach. Bez problemu zaliczył grafikę, wykonując cykl dziełek, których wiodącym tematem była praca. Z wystawiennictwa przygotował koncepcję (projekt aranżacji i makietę) ekspozycji o dziejach drukarstwa polskiego. Pozostał plakat. – Profesor Tadeusz Grabowski zlecił wykonanie plakatu do „Wystawy śląskiej architektury”. Byłem zafascynowany familokami. Profesor tej fascynacji chyba nie podzielał. Dopiero znacznie później odczułem coś na podobieństwo późnej wygranej. Bo w jubileuszowym albumie katowickiej ASP mój przypomniano mój dyplomowy plakat. Byłem jedyny z rocznika, którego spotkał ten zaszczyt – mówi Szołtysek.

Po dyplomie poczuł się prostu wyzwolony. Mógł robić to, co naprawdę chciał i lubił. To wyzwolenie nie oznaczało oczywiście rezygnacji z pracy przynoszącej chleb powszedni. Szołtysek szereg lat był związany z Wojewódzkim Biurze Projektowym, m.in. jako autor aranżacji wnętrz wielu kin. Dorabiał zleceniami na liternictwo albo dekorowanie sklepowych wnętrz. Do emerytury pracował jako plastyk miejski w Zabrzu. Z życiową zapobiegliwością szła jednak w parze artystyczna bezkompromisowość. Szołtysek nigdy nie lubił malarstwa olejnego. Wracał do akwareli, nie unikał metaloplastyki, zaprojektował sporo ciekawych znaków firmowych, ale największe satysfakcje twórcze przynosiła zawsze grafika. Zarówno kameralne ekslibrisy, jak i większe formy graficzne łączy ta sama, bardzo chyba w sumie pokorna, zgoda na komunikatywność.

Twórczość Szołtyska jest zakorzeniona w świecie czytelnych symboli i metafor. W intrygujących grafikach z cyklu „Cierpienie” uniwersalna narracja o ukrzyżowaniu, bólu, samotności zostaje wyprowadzona z ikonograficznego wnętrza konturu, szablonu. „Madonny. Poetyckie Impresje” są opowieścią o klepsydrze, z której sypie się bezbronny ludzki piach. Z góry spogląda na to samotność lub może bezdomność, uwięziona w celi monumentalnego oka. Ważne są również prace utrwalające miejską architekturę. – Zawsze mnie pociągały tematy regionalne. Pierwszy cykl grafik poświęconych zabrzańskiej architekturze powstał już w 1979 roku. Wtedy dowiedziałem się od ówczesnego pierwszego sekretarza komitetu miejskiego, że pokazałem „germańską architekturę” – mówi Szołtysek.

Dodaje, że czas mu ciągle ucieka. Ale po swojemu, z uporem, ten czas – własny i śląski – zatrzymuje gestyce graficznych znaków i znaczeń. Może zmylić czytelność metafor wędrujących kopalnianym chodnikiem. Może zmylić liryzm gołębi – rezygnujących z lotu, bo to gołębie żałobnicy. Mogą zbyt łatwo prowadzić dedykacje – jak ta na grafice „Oczami Janosha”, ofiarowanej pisarzowi. I tak naprawdę niewiele wynika z klucza, który ofiarowują tytuły – „SOS dla Śląska” albo „Pielgrzymka do ziemi naszej”. Bo – wiemy to doskonale – najważniejszym plenerem jest życie wewnętrzne. Sztuka nie jest ucieczką od świata. Ona jest ta sama i ciągle inna, bo te same i ciągle inne są ucieczki artysty do świata.

Ważną przygodą są grafiki z cyklu „Górnoślązacy”. To nie portrety, ale swoiste graficzne kolaże, z których każdy poświęcony jest jednej postaci. Obok portretu pojawiają się znaki lokalizujące bohaterów śląskiej historii w geografii rzeczywistej (poprzez określone motywy krajobrazowe) i kulturowej (poprzez wybrane motywy architektoniczne). Czasem kompozycję dopełnia jakaś inskrypcja. Pierwsza grafika powstała dla uczczenia Josefa Eichendorfera. Kolejne przypomniały m.in. Józefa Lompę, ks. Emila Szrama, Karola Godulę, Wojciecha Korfantego, kardynała Augusta Hlonda. Szołtysek starannie przygotowywał się do każdego „Górnoślązaka”. Ale równie starannie do czegoś przygotował samego siebie. – Jestem, jak wszyscy, często pogubiony, zmienny, niepewny. Dlatego tak ważne jest, że sztuka może być formą modlitwy – zwierza się Szołtysek.

Śmierć wślizguje się w życie po swojemu, czasem gwałtownie, czasem zwyczajnie. Sztuka jest modlitwą, którą możemy zobaczyć. Sztuka może być śląskim pacierzem.

Ryszard Jasnorzewski

Wykaz ekslibrisów zobacz tutaj

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.