STANISŁAW MROWIŃSKI

O ARTYŚCIE

Rysował od zawsze. Tak można by rzec. Pierwsze poważniejsze nauki rysunku Stanisław Mrowiński otrzymał jeszcze przed wojną w Pracowni Rysunków Reklamowych Aleksego Lisieckiego w swej rodzinnej Starołęce. Odtąd jego nieustanna pasja rysowania przybiera inny wymiar. Zostaje zauważony, rady zaś otrzymuje od szanowanego obywatela miasteczka, a w dodatku znakomitego plastyka. Do pracowni Lisieckiego trafił jako młody chłopiec rysujący wszystko i wszystkich, zawsze i wszędzie. Praca u Lisieckiego była dla niego także dużym doświadczeniem, gdyż – oprócz przynoszenia do oceny własnych rysunków – miał tam dostęp do niezliczonej liczby grafik, sztychów, starych drzeworytów oraz mnogiej ilości reprodukcji, które mógł kopiować i uczyć się. Miał wówczas nie więcej niż jedenaście lat.

Później wybuchła wojna. Przez ponad cztery lata okupacji zajmował się wraz z bratem Czesławem kolportażem niemieckiego pisma „Ostdeutscher Beobachter”, które ich ojciec otrzymał do dystrybucji. „Wówczas to – pisał po latach we wspomnieniach – Starołęka była dla mnie wielkim mieszkaniem, a ludzie wielką rodziną. (…) Znałem każdy szczegół, każde pochylenie chodnika, każdy wybój na drodze (…). Codziennie przez okrągły rok obserwowałem ten sam pejzaż. To samo drzewo oglądałem dzień po dniu. Ta sama okolica, a co dzień była inna”. Wtedy też rodzi się myśl o studiach plastycznych, kiedy przyjdzie na to spokojniejszy czas. Był bacznym obserwatorem wszystkiego, co go otaczało – ludzi, przyrody, okolicy. Później, wiele z tych obrazów zapamiętanych z autopsji, znajdzie odzwierciedlenie w jego sztuce. Szczególną zaś uwagę przywiązywał do przyrody, której fascynacja stanie się jednym z najważniejszych motywów jego twórczości.

Po wojnie, w 1945 roku, rozpoczyna realizować swoje plany studiów artystycznych i wstępuje do poznańskiej Szkoły Zdobniczej (późniejsza PWSSP). W oczach grona profesorskiego okazał się krnąbrnym studentem, kiedy jako jedyny śmiało krytykuje artystyczne dokonania swoich mistrzów, popada w konflikt z rektorem oraz głośno sprzeciwia się tworzeniu tzw. „sztuki państwowej”. Nie może w rezultacie obronić dyplomu, ma problemy z zaliczeniami prac końcowych. Wreszcie, po roku napiętej atmosfery, otrzymuje dyplom. Jest lato 1950 roku.

Lata pięćdziesiąte są bardzo trudnym okresem w życiu Stanisława Mrowińskiego. Najpierw trzyletnia służba wojskowa (1950 – 1952), później brak pracy i pieniędzy, trudności ze zdobyciem środków utrzymania dla żony i pierwszego dziecka, Przemysława (ur. 1953 r.). Niemożność tworzenia prawdziwej sztuki, czyli tej płynącej z duszy i serca artysty, tej dyktowanej natchnieniem, inspirowanej chwilą. Zmuszony jest utrzymywać się z prac dorywczych. Używa wówczas pseudonimu Stanisław Zabeyma, czyli artysta za „bejmy”, tj. tworzący za pieniądze. W 1952 roku organizuje pierwszą z trzech w swoim życiu pracowni artystycznych. Ta pierwsza mieści się w Starołęce. W twórczości Stanisława Mrowińskiego rozpoczyna się okres naturalizmu i realizmu – rysuje i maluje martwą naturę, pejzaż i zwierzęta. W tym samym roku zostaje też członkiem poznańskiego oddziału Związku Polskich Artystów Plastyków. Powstaje wiele prac, głównie w rysunku, ale także przymierza się do malowania obrazów olejnych. Lata 1952 – 1954 są w jego życiu czasem, w którym nędza zmusza młodego artystę do tułaczki po Polsce. Odwiedza różne zakątki Polski, przemieszkuje w hotelach robotniczych. W wielu miejscowościach organizuje drobne wystawy swoich prac, a także wykonuje sztukę użytkową, głównie sztampowe projekty. W każdym wolnym czasie powstają też liczne szkice kredką i ołówkiem, które zostaną wykorzystane w późniejszym czasie. Czas podróży po Polsce przedłuża się jeszcze o dwa lata. Jest to już jednak inny okres w życiu artysty, zapoczątkowany w 1954 r. dużą wystawą objazdową jego prac w Kieleckim i na Pomorzu Zachodnim. Sukces tych wystaw, zorganizowanych przez Biuro Wystaw Artystycznych, które przyjęło Mrowińskiego na etat, owocuje kolejnymi wystawami w Lubuskiem i na Dolnym Śląsku jeszcze w tym samym roku. Pozwala to twórcy poprawić swoją sytuację materialną, jednak jeszcze uniemożliwia powrót do Poznania. W tym okresie powstaje cykl pejzaży polskiego krajobrazu ziem zachodniej Polski, który artysta miał zamiar upublicznić w formie teki. Nie znalazł wówczas wydawcy i prace pozostały w szkicowniku. Rok 1954 jest też ważny dla Stanisława Mrowińskiego z innego powodu. Podczas swoich wojaży po zachodniej Polsce odkrywa piękno Gór Stołowych, które staną się później pasją jego życia i jednym z najważniejszych tematów w pracy artystycznej. Maciej Rychły, wierny towarzysz Mrowińskiego w Góry Stołowe i na Szczeliniec, wspominał w 2000 r. na łamach pisma „Krasnogruda”: „Mistrz Stanisław – to świetny rysownik, który Szczeliniec ukochał szczególnie, czekał na mgły, które wysłaniały niespokojne tło, obnażając drapieżny rysunek suchych gałęzi świerków. Rysował. Gesty drzew i kreska rysunków miały tę samą muzykę. Od Stanisława Mrowińskiego uczyłem się czerpać z natury muzykę drzew, skał, wielogodzinnego siedzenia na skalnych półkach. Grałem na flecie, a zwabione dźwiękami sokoły krążyły nad naszymi głowami. Atakowały nas. To był matecznik, z czasem oswojony rysunkami i muzyką”.

W końcu, w 1955 roku, wraca zawiedziony do Poznania. W swoich pamiętnikach napisze później: „próbowałem różnie zarobić na życie. Zawsze dowiadywałem się tego samego: trzeba sprzedać swój honor razem ze swoją pracą. Na to się nie zgodziłem”. Zerwał kontrakt z Biurem Wystaw Artystycznych i rozpoczął pracę w wydawnictwie „Nasza Księgarnia”, gdzie jego talent i pomysły spożytkowane zostają na wykonywanie ilustracji do książek przyrodniczych. Z tej pracy jest zadowolony – przynosi mu ona godziwy zarobek i pozwala pracować plastycznie. Nie jest to wprawdzie marzeniem Stanisława Mrowińskiego, ale – jak o tym pisał w pamiętnikach – dzięki tej pracy ma godziwy zarobek i dużo czasu na rozwijanie własnej twórczości artystycznej poza redakcyjnej. Praca nad ilustrowaniem książek przyniesie mu później nieoczekiwaną sławę, a książki z jego rysunkami będą cieszyły się nieskrywaną popularnością. Przykłady ich można mnożyć. Oto niektóre z nich: Arkadego Fiedlera Zwierzęta z lasu dziewiczego; Lecha Konopińskiego – Przez dżungle i pustynie, Z kwiatka na kwiatek, Zwierzątka i zwierzęta na sześciu kontynentach, Co fruwa i chodzi po naszej zagrodzie, Co pełza i hasa po polach i lasach?, Co skacze i lata po drzewach i kwiatach, Dzień dobry, drzewa; Lata osa koło nosa: fraszki dla dzieci o owadach, a także książki Włodzimierza Ścisłowskiego: Ładne ziółka oraz Fraszki na ptaszki i wiele, wiele innych.

W 1957 r. rozpoczyna się kolejny okres w życiu Stanisława Mrowińskiego. Będzie to czas konfrontacji marzeń i rzeczywistości. W całej jego drodze artystycznej pojawią się również nowe wątki, mianowicie satyra i karykatura. W tym roku wpadł na pomysł, realizowany zresztą przez następne piętnaście lat, satyrycznego Bazylka – jednej z najbardziej popularnych satyr PRL-u. publikowany był pierwotnie w satyrycznym piśmie „Kaktus”, później zaś w lokalnych gazetach dolnośląskich i wielkopolskich, jak „Tygodnik Zachodni, „Ziemia Kaliska”, „Ziemia Nadnotecka”. Bazylek komentował w sposób wysmakowanej satyry i wysokiego poziomu kultury życie codzienne Polaków, ich stereotypy oraz wady i przywary. Bazylek daje Mrowińskiemu niekwestionowaną popularność i uznanie. Artysta staje się znany jako satyryk i karykaturzysta nad czym zresztą będzie później bardzo ubolewał. Marzył przecież o sukcesie jako malarz i artysta. I zawsze czuł się niedoceniony.

Rok później, w 1958, otrzymuje pracę w poznańskiej telewizji jako scenograf.

W latach sześćdziesiątych Stanisław Mrowiński bardzo dużo tworzy. Wykonuje niezliczone ilości prac o motywach pejzażu oraz studium roślin i owoców. Powstają niezwykłe grafiki i litografie. Może i najlepsze. Najdojrzalsze, niesamowicie dopracowane, pełne drobnych szczegółów. A przy tym bardzo przemyślane. Cechuje je doskonała precyzja, kunszt estetyczny i skrupulatność. „Dla mnie – pisze w pamiętnikach – istnieje tylko to, co jest utrwalone w formie stworzonej przez człowieka i za pomocą zmysłów może być wskrzeszone lub zniszczone. Istnieje to, co jest zapisane, namalowane, wyrzeźbione lub nazwane”. W 1965 roku po raz trzeci i ostatni zmienia pracownię. Przenosi się z ulicy Żydowskiej na ulicę Wodną, gdzie w starej kamienicy, na ostatnim piętrze w 45-metrowym lokalu urządza niezwykłą pracownię, która będzie mu służyć do końca życia. Tam, oprócz dzieł sztuki, powstają również spisywane przez wiele lat pamiętniki (23 tomy), które pozostają do dziś w rękopisie.

Przez całe życie parał się różnymi zawodami. Wszystkie były związane z jego rzeczywistym wykształceniem i pasją – ze sztuką. Słowniki i noty biograficzne podkreślają jego liczne profesje i zajęcia. Jednym tchem wymieniają: grafik, rysownik, karykaturzysta, ilustrator, malarz, scenograf, kolekcjoner, rzeźbiarz; projektant ekslibrisów, znaczków, fresków szyldów, dyplomów, logo oraz przez wiele lat wystroju stoisk na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Autor trzech tek ekslibrisowych. Żył 69 lat. Urodził się w Starołęce 17 marca 1928 r. Zmarł 30 września 1997 roku. W Poznaniu.

O EKSLIBRISACH

Choć ekslibris (obok karykatury) dał Stanisławowi Mrowińskiemu duży sukces, przez długi czas uważał go artysta za błahy odprysk swojej twórczości. Nigdy nie stał się ekslibrisistą – nigdy takim twórcą też nie chciał być. Początkowo traktował sztukę ekslibrisową wyłącznie w kategoriach zarobkowych, sztukę dającą mu łatwy i szybki przypływ gotówki, a także jako formę sztuki towarzyszącą głównej jego działalności twórczej. Przez pierwszych piętnaście lat ekslibris wykonywał raczej okazjonalnie. Refleksja przyszła w połowie lat sześćdziesiątych. „Wreszcie po dziesięciu latach traktowania ekslibrisu marginesowo – konkludował w pamiętnikach – jako ubocznej produkcji niejako, zaczynam rozumieć, że to też jest moja twórczość serio”. Ekslibrisy powstawały także jako prezent dla najbliższych, przyjaciół i dobrych znajomych.

Stanisław Mrowiński, L, 1969 (ekslibris pokryty substancją fluorescencyjną)
Stanisław Mrowiński, L, 1969 (ekslibris pokryty substancją fluorescencyjną)

Nie stworzył oszałamiającej ilości ekslibrisów – w przeciągu czterdziestu ośmiu lat jakie upłynęły od opracowania pierwszego do szkicu ostatniego ekslibrisu, w sumie powstało ich 341. Taką też miał zasadę: tworzenie według S. Mrowińskiego sztuki na akord mijało się zupełnie z celem i wypaczało samo rzemiosło artystyczne. Poza tym różne miał podejście do ekslibrisu: początkowo nie uznawał takiej formy wypowiedzi artystycznej, następnie znalazł w nim źródło zarobku w czasach kiedy poszukiwał jakiegokolwiek przypływu gotówki na utrzymanie siebie i rodziny, aż wreszcie przyszedł okres docenienia ekslibrisu jako równie ważnej formy sztuki w twórczości artysty.

Pierwszy księgoznak Mrowiński wykonał jeszcze w czasie studiów w PWSSP. Był to autoekslibris z pseudonimem artysty „St. Zabeyma” (1949 r.) przedstawiający zająca i przydrożną kapliczkę. Projekt wykonany został w ołówku, zaś ostateczny ekslibris odbito w drzeworycie langowym, którego klocek wyciął Andrzej Kandziora. Ekslibris odbity został na żółtym papierze i jedynie w 50 egzemplarzach, z których do dzisiaj zachowały się pojedyncze sztuki. Mrowiński skreślił później (w 1973 r.) kilka samokrytycznych uwag na temat tego ekslibrisu: „są w nim – pisał – wszystkie wady: gadulstwo, niechlujstwo, ale i zalety późniejszych ekslibrisów moich. Są zwierzęta i rośliny, liternictwo pełni podwójną rolę (płotu i aureoli) stając się integralną częścią kompozycji. (…) Zrodził się ten ekslibris z istotnej potrzeby, służył zgodnie ze swym przeznaczeniem, wyrażał osobowość właściciela”.  Ale w swoim wykazie stworzonych księgoznaków, sporządzonym w późniejszym czasie, Stanisław Mrowiński oznaczył go jako opus „0”, zaś na dalszych kartach swojego pamiętnika zatytułowanego „Historia ekslibrisu SM” pisanego od 1 czerwca 1973 roku, zawsze negatywnie wyrażał się o tym ekslibrisie. Fakt faktem w całościowym spisie ekslibrisów jest on pierwszym wykonanym znakiem książkowym tego artysty. Drugi księgoznak powstał w 1951 roku, a więc już po studiach, i ten otrzymał opus numer jeden. W tym samym roku powstały jeszcze ekslibrisy dla czterech osób, niemal wyłącznie dla najbliższych, zaś następne artysta wykonał dopiero w roku 1958. Później znowu nastąpiła dłuższa przerwa aż do 1962 r. Dopiero od tego momentu Stanisław Mrowiński wykonuje ekslibrisy nieprzerwanie aż do swojej śmierci. Najpłodniejszy okres twórczości ekslibrisowej Mrowińskiego przypada jednak na lata 70. i 80., w których stworzona została większość księgoznaków (262). Między bowiem 1962 a 1969 rokiem artysta opracował 53 ekslibrisy, zaś w ostatnich siedmiu latach życia (1990–1997) – dziewięć, wykonując jeden księgoznak rocznie (z wyjątkiem 1997 r. kiedy powstały dwa znaki).

Stanisław Mrowiński pojmował ekslibris nie jako małą grafikę, co czyniło coraz więcej artystów już w tamtych czasach, a jako autentyczny znak książkowy stworzony dla konkretnej osoby i ściśle określonego zbioru. Nigdy nie pozwolił sobie na wykonanie choćby jednego ekslibrisu dla kolekcjonera, który przeznaczyłby go dla celów wymiany z innymi hobbystami. W ten sposób zaliczał się artysta do prawdziwych twórców najprawdziwszych ekslibrisów. Tej zasadzie pozostał wierny na zawsze. Nie znosił tandety. Z niesmakiem niejednokrotnie oglądał ekslibrisy innych osób parających się ich tworzeniem. Dziwił się wówczas jak można wkleić taki ekslibris do książki. Jak można książkę oszpecić taką sygnaturką. Dla nich założył w swoich zbiorach teczkę pt. „Ekslibrisy chore” i oznaczył ją czerwonym krzyżem rzymskim. Mimo że był popularnym ekslibrisistą, niewielu jednak miłośników znaku książkowego posiadało jego EL w swoich zbiorach. Najczęściej kolekcjonerzy są właścicielami ekslibrisów wykonanych w dużym nakładzie dla instytucji publicznych, bibliotek, które dzieliły się swoimi księgoznakami. Na pewno też nikt nie posiadał pełnego zbioru wszystkich 341 ekslibrisów Stanisława Mrowińskiego. Wiele jednak i osób prywatnych, i dużych bibliotek chciało taki zbiór mieć do dyspozycji i starało się wielokrotnie pozyskać eksponaty do swoich kolekcji. Nadaremnie. Jest to też główna może przyczyna nieznajomości pełnej twórczości ekslibrisowej Stanisława Mrowińskiego, bowiem znamy go jedynie z kilkunastu vel kilkudziesięciu powszechnie dostępnych prac. Używano przy tym wszelkich metod pozyskiwania eksponatów do zbiorów. Na przykład, artysta częstokroć otrzymywał inne ekslibrisy na wymianę (choć przecież nigdy nie kolekcjonował ekslibrisów!). Wówczas najczęściej wyrzucał je do kosza lub odsyłał nadawcy. Otrzymywał także propozycje odsprzedania swoich ekslibrisów do kolekcji prywatnych. W zasadzie odmawiał. I to nawet wówczas, kiedy potrzebował dodatkowych pieniędzy. Ale nie ma reguły bez wyjątku i zdarzyło się mimo wszystko jedno odstępstwo od tej reguły; wybitny niemiecki kolekcjoner i propagator ruchu ekslibrisowego Klaus Rödel zakupił od poznańskiego artysty pięć ekslibrisów: dwa  w 1973 (op. 121 i 133) i po jednym w 1971 (op. 88), 1977 (op. 155) i 1978 roku (op. 162). Celowo przytaczam te anegdotki chcąc pokazać jak ważny w pewnym momencie stał się ekslibris dla Stanisława Mrowińskiego. I jak dużą miał artysta świadomość wartości użytkowej sztuki. Jeśli coś tworzył w konkretnym celu, dbał do ostatka o to, aby jego dzieło ten cel osiągnęło i trafiło na właściwe sobie miejsce. A więc nie do kolekcjonerów, kolekcji prywatnych, czy państwowych, ale do osoby, której ekslibris został przeznaczony. Mistrz parokrotnie pisał w swoich notatkach, że absurdem jest dla niego też jeszcze jedno (tym razem) niepokojące zjawisko, mianowicie tworzenie ekslibrisów, które nie mają właściwie swojego rzeczywistego odbiorcy – właściciela, jak osoby nieżyjące, albo instytucje które nie wkleją nigdy ekslibrisu do księgozbioru, albo papież, czy inne osoby, które nawet nie wiedzą, że został dla nich stworzony znak książkowy. Był więc Mrowiński zagorzałym przeciwnikiem pseudoekslibrisu. Trzeba przyznać, że ekslibrisy Stanisława Mrowińskiego są i dziś, ponad dziesięć lat po jego śmierci, bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów. Nie powstał jak dotąd żaden pełny spis księgoznaków tego artysty, co tym bardziej utrudnia poszukiwania. Nie znaczy to, że spis taki ułatwiłby poszukiwania brakujących w zbiorach kolekcjonerskich ekslibrisów. Większość z tych jego prac mimo wszystko nie jest znana. Z różnych powodów. Pierwsze to fakt, że ekslibris tworzony był dla konkretnej osoby, która otrzymywała cały wydrukowany nakład; w zbiorach artysty zachowały się pojedyncze egzemplarze, tzw. autorskie oraz projekty, które tym razem nikomu nie były udostępniane. Druga rzecz, to ekslibrisy które powstały w pracowni i tej pracowni nigdy nie opuściły. Do nich zaliczamy przede wszystkim autoekslibrisy, tworzone wyłączne dla własnego księgozbioru, skrupulatnie oznaczanego ekslibrisami. Znajdziemy też kilka ekslibrisów zamówionych, ale z nieustalonych przyczyn nigdy nie odebranych przez zamawiających (o nich w dalszej części książki). Zaliczymy w końcu do nich dwa szczególne ekslibrisy. Pierwszy znak – dla lekarza Alfreda Kaczkowskiego z 1971 r. (op. 93), którego właściciel nie zdążył odebrać, gdyż zmarł. I drugi dla bardzo dobrej znajomej Stanisława Mrowińskiego, pianistki Aleksandry Utrecht (1966, op. 38), która otrzymała od niego prezent w postaci ekslibrisu, jednak prezent musiała zwrócić pod naciskiem chorobliwie zazdrosnego małżonka.

Toteż Stanisław Mrowiński wykonywał wyłącznie ekslibrisy dla konkretnych osób mając też pewność, że osoba ta posiada księgozbiór i chce go ozdobić ekslibrisem. Kim byli odbiorcy? Głównie poznaniacy – przyjaciele, kompani, bliscy i dalsi znajomi, a także rodzina. Pewną część właścicieli stanowią osoby nie znane osobiście S. Mrowińskiemu – to osoby, które zamawiały dla siebie ekslibris, bądź dla nich zamawiały ekslibris inne osoby. Wykonane zostały również ekslibrisy dla zagranicznych bibliofilów. W sumie powstało ich zaledwie dwanaście (NRD, RFN, Wielka Brytania, USA, Belgia i Włochy). Oczywiście nie dla wszystkich chętnych artysta wykonał znaki książkowe. Z tego okresu pozostały liczne notatki Stanisława Mrowińskiego oraz korespondencja, z których można więcej dowiedzieć się tak o adresacie jak i motywacjach posiadania ekslibrisu przez te osoby. To dzięki tym zapiskom mogła powstać niniejsza książka.

Ekslibris dla Stanisława Mrowińskiego musiał spełniać trzy zasadnicze funkcje. Pierwsze – musiał być ściśle związany z adresatem, właścicielem księgoznaku. Drugie – musiał być związany z księgozbiorem, dla którego właściwie był tworzony. I trzecie wreszcie – nie mógł szpecić. Miał być najprawdziwszą ozdobą książki.

W zależności od wiedzy o właścicielu ekslibrisu powstały prace bogate lub skromne w treści. Niekiedy zdarzało się, że posiadając znaczną wiedzę o właścicielu artysta tworzył dla niego ekslibris powściągliwy w motywach. Z drugiej zaś strony żaden ekslibris , nawet en najprostszy, nie jest nieudolny, czy tandetny, żaden też w najmniejszym choćby stopniu nie obraża.

W twórczości ekslibrisowej pielęgnował kilka elementów. Dbał o estetykę każdej pracy. I to nie tylko o sam rysunek, który nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, lecz także o kolor dobieranej farby. A nie były to zwykłe farby; ich intensywność i wyrazistość kolorów miała podkreślać znaczenie danej ilustracji, jak na przykład na ekslibrisie Zygmunta Pniewskiego z 1969 r. (op. 61) przedstawiającego południowoamerykańskiego bardzo popularnego pluskwiaka równoskrzydłego (latarniki) Fulgora laternaria,  o którym sądzono, że ma zdolności świecenia. Intensywny pomarańczowy ekslibris z jego podobizną Stanisław Mrowiński też wykonał świecącym pokrywając go … fosforem. Darmo w nich też szukać ekslibrisu nieudanego. Każdy jest precyzyjnie dopracowany, kompozycyjnie przemyślany, każdy ma też odpowiednie do książki wymiary. Nie należy także zapominać o bardzo ważnej cesze ekslibrisów Stanisława Mrowińskiego, mianowicie o dbałości w nich o wierność szczegółom. Ten znakomity rysownik był bowiem literalnym artystą przyrody. Wierność naturze dla Mrowińskiego to właśnie wierność szczegółom. Obserwujemy ją w całej twórczości ekslibrisowej artysty, ale szczególnie widoczna ona jest nie gdzie indziej, jak przede wszystkim w motywach przyrodniczych. Nie ma tu rośliny, czy zwierząt przypadkowych. Autor wiele studiował na temat danej rośliny, czy zwierzęcia, zanim je umieścił na znaku. Tym samym nie są to jakieś owady, jakieś kwiaty, czy jakieś zwierzęta … To ściśle dobrane przykłady flory i fauny bogate w szczegóły. Oczywiście wpływ na poszerzanie własnej wiedzy miały także (a może głównie?) jego wędrówki po okolicy i ukochanych Górach Stołowych. Często rysował obserwując przyrodę w jej naturalnym otoczeniu, skupiając swą uwagę na drobnostkach, dostrzegając najdrobniejszy szczegół i wychwytując ulotne zjawiska przyrody, przeniesione następnie na rysunek. Należał do tych artystów, dla których natura stanowiła genezę twórczości.

Nigdy nie wykonał dodruku ekslibrisu. Nakład był jednorazowy, a jego wysokość zależała od potrzeb zamawiającego. Najczęściej były to ilości rzędu 200, 300 lub 500 sztuk. Sporadycznie właściciele zamawiali 1000 sztuk. Instytucje z kolei, z wiadomych względów, zwiększały nakład. Poznańska Księgarnia Muzyczna zamówiła w 1977 r. ekslibris o nakładzie pięciu tysięcy sztuk. Muzeum Historii Ruchu Robotniczego także w Poznaniu życzyło sobie po 1000 sztuk każdego z dwunastu wykonanych dla niego znaków, biblioteki publiczne w Gnieźnie, Środzie Śląskiej i Skokach – po 1000 sztuk. O połowę więcej zamówiło nakład ekslibrisu Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu. Są też nakłady symboliczne. Pierwszy ekslibris, studencki, z 1949 r. wydrukowany został jedynie w pięćdziesięciu kopiach. Irena Rychły, swój trzeci ekslibris (op. 158) otrzymała jedynie w 25 egzemplarzach, podobnie jak Stefan Anioła (op. 232). Dla siebie artysta wykonał w 1981 r. ekslibris w 20 odbitkach (op. 228), zaś Włoch, E. Santosuosso (op. 283) zamówił … 15 sztuk. Te nisko nakładowe ekslibrisy są dziś najrzadszymi księgoznakami wykonanymi przez Stanisława Mrowińskiego. Trudno tu rozprawiać w tym momencie o wielkości księgozbioru danej osoby patrząc jedynie na ilość zamawianych znaków książkowych. Jedno jest wszak pewne, że z pewnością żadna z nich nie kolekcjonowała ekslibrisów i tak duża ilość zamówionych znaków nie stawała się obiektem wymiany kolekcjonerskiej. A być może był to jedyny ekslibris dla prywatnej biblioteki tych osób? Wszystko możliwe. A te symboliczne nakłady? To dla osób chcących znakować swoje zbiory wielorakimi ekslibrisami. Tyle dowiadujemy się z notatek artysty.

Technika stosowana przez Mrowińskiego na ogół była taka sama: najpierw projekt ołówkiem, później gotowa kompozycja, a ostatecznie powielenie pracy metodą cynkotypii kreskowej, rzadziej siatkowej. W 1966 r. odkrywa inną technikę, którą będzie przez następne lata z powodzeniem stosował. To litografia. Pierwszy ekslibris litograficzny powstał dla Aleksandry Utrecht (op. 38). Próbował też innych technik. Jeden ekslibris artysta wyciął w linorycie – w 1958 r. dla Lecha Konopińskiego (op. 8). Więcej tej techniki nie stosował. W 1971 r. Ewa Krajewska otrzymała ekslibris wykonany techniką serigrafii (op. 91); też technika więcej nie zastosowana. Wreszcie podjął artysta próby powielania prac metodą offsetu; pierwsze ekslibrisy w tej technice powstały w 1980 r. dla Michaela Gadomskiego z RFN (op. 187), Mariana Osady (op. 188) i Edmunda Dudzińskiego (op. 189). Odstąpił jednak od niej na kilka lat z nieustalonych powodów. Do offsetu Mrowiński powrócił dopiero w 1989 r. i stosował go dla wszystkich ekslibrisów wykonanych w latach 1989 – 1997 (op. 326 – 338).

Stanisław Mrowiński stworzył własny i niepowtarzalny styl, na które składają się różnorodne formy i treści dosłowne i aluzyjne. Nie miał ani własnych uczniów, ani też późniejszych naśladowców. Pozostał jedyny w swoim rodzaju. Oglądając jego ekslibrisy pierwsze wrażenie jakie odnosimy sugeruje nam secesyjne naśladownictwo. Nic bardziej mylnego. Mrowińskiemu daleko bowiem do secesji – lekkiej, zwiewnej, giętkiej i smukłej. Jego ekslibrisy pozbawione są tych charakterystycznych dla dziewiętnastowiecznej epoki cech. No może giętkość pozostaje, która jest bardziej swobodą operowania kreską i kształtem oraz bardziej naśladowaniem lekkości natury, aniżeli trendu w historii sztuki. Świadomie też artysta nie kopiował stylu secesyjnego, gdyż sprzeczny był on z jego pojęciem natury. Secesyjna roślinność jest wprawdzie bardzo dopracowana i szczegółowa, ale niemal zupełnie pozbawiona witalności, światła i naturalności. Mrowińskiego przedstawiany świat przyrody jest pełen energii i żywotności. Jest naturalny. Każda z jego prac przynosi coś nowego, nieoczekiwanego, a przeważającą cechą jest naturalizm. W jego ekslibrisach możemy jakby poczuć subtelny kontakt z naturą, możemy doświadczyć tej swobody i wolności w obcowaniu w obcowaniu z przyrodą, jakich doświadczał sam artysta.

Integralną częścią ekslibrisu jest napis. „Liternictwo – pisał Mrowiński – nigdy nie jest dodawane do rysunku, jest organicznie zrośnięte z rysunkiem; od tej zasady nie odejdę już nigdy”. Czytelny, widoczny i oczywisty, nie pozostawia wątpliwości co do identyfikacji właściciela. Napis u Stanisława Mrowińskiego pełni także inne funkcje. Porządkuje całość zamysłu artystycznego księgoznaku oraz uzupełnia całościową kompozycję, łączy nazwisko właściciela z ilustracją, jakby artysta chciał pokazać nierozerwalność człowieka z naturą. Napis jest więc częścią drzewa, uzupełnieniem rośliny, fragmentem instrumentu muzycznego, ścianą budy dla psa, łuskami na skorupie żółwia, częścią twarzy człowieka, kroplami ściekającymi z rośliny, wreszcie tworzy wieżowiec na ekslibrisie architekta. Kompozycja napisu i rysunku ściśle nawiązuje też do osoby właściciela – do jego zalet i wad, a także do charakteru wykonywanej profesji oraz specjalistycznego księgozbioru. Artystę cechuje różnorodność pomysłów i stosowanie bogatej symboliki obrazu, nierzadko z charakterystycznym dla własnej osoby doskonałym poczuciem humoru. Dla przykładu kilka ekslibrisów. Jeden dla Ryszarda Urbańskiego (op. 41) – w kształcie płyty winylowej, gdyż Urbański był nie tylko miłośnikiem i koneserem muzyki, ale też posiadał bogatą kolekcję tzw. „czarnych” krążków. Ekslibris dla poznańskiego malarza Jana Berdyszaka (op. 170) przedstawiający herb malarzy – trzy tarcze, tworzące jednocześnie inicjały „JB”. Innym przykładem niech będzie ekslibris wykonany dla miłośnika przyrody, wojskowego farmaceuty, Jana Majewskiego (op. 256), w kształcie skrzyżowanych makówek, a więc symbol kojarzący się i z wojskową profesją i z przyrodą. Dwa ekslibrisy z czaszką (o nich szerzej dalej): jeden dla małżeństwa Hennebergów, naukowców – antropologa (Renata) i histologa (Maciej), przedstawiający symbole ich zawodów i pasji (op. 323), drugi dla Macieja Rychłego (op. 322) przedstawiający oprócz czaszki (psycholog, pracownik naukowy) także stos książek (poeta), piszczałkę (muzyk, założyciel kapeli folkowej Kwartet Jorgi) i długa, gęsta broda (charakterystyczny element wyglądu muzyka).

Sztuka Stanisława Mrowińskiego jest zachwycająca, przejmująca i urzekająca. Pozorna jedynie prostota wprowadza nas po chwili w głęboko przemyślaną, skrupulatnie zaplanowaną kompozycję wypełnioną tajemniczymi często treściami, które rozszyfrować może albo właściciel ekslibrisu, albo osoba bardzo dobrze go znająca.

CZASZKA. W 1988 roku rozpoczął Mrowiński opracowywać cykl ekslibrisów z czaszką. Projekt ostatniego został ukończony 18 sierpnia tego samego roku. Wprawdzie zamysł stworzenia ekslibrisów z takim motywem oraz całego ich cyklu zrodził się wiele lat wcześniej, jednak mógł być on zrealizowany dopiero po latach. Wcześniej powstały liczne szkice i projekty rysunkowe, które jak się okazało przysporzyły Stanisławowi Mrowińskiemu nie mało kłopotów w 1988 r. Pierwotne szkice bowiem powstały z myślą o przeznaczeniu ich do sztychów, a tymczasem ostatecznie zreprodukowane zostały w cynkotypii. Dlatego też projekty trzeba było poprawiać, modyfikować, a nawet tworzyć na nowo. Po latach wspominał artysta, że kiedy ukończył cały cykl w owym 1988 roku był bardzo zmęczony. Tworząc ekslibrisy z takim motywem artyście przyświecał jeden cel: docenić i uhonorować czaszkę, gdyż to ona chroni najcenniejszą część ludzkiego ciała – mózg. Motyw czaszki więc absolutnie nie był traktowany przez artystę jako motyw śmierci, przemijania, krótkotrwałości życia, albo pobożności, czy typowego memento mori. Przeciwnie – to według Mrowińskiego puszka konserwująca i przechowująca najcenniejszą rzecz na świecie – ludzki mózg, to opakowanie wartości najwyższej. „Czaszka jest formą, jedną z najdoskonalszych form jakie natura wymyśliła, była dotąd postrachem maluczkich zamiast przedmiotem podziwu, co chciałem osiągnąć” – zanotował Mrowiński w pamiętnikach. Taki właśnie cel przyświecał artyście podczas opracowywania cyklu ekslibrisów z czaszką.

Wykaz ekslibrisów zobacz tutaj

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.